Autor: Michał Jankowski

Absolwent wydziału historii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, odbył półroczny staż w Instytucie Pamięci Narodowej, miłośnik kolei oraz wszystkiego, co niesłusznie zapomniane i zagrzebane w piaskach historii. Obecnie księgarz bydgoskiej księgarni DeFacto.
krotka historia pismiennictwa

Wynalazkowa historia piśmiennictwa

To, że dziś możemy czytać książki, prasę, korzystać z internetu i zdobywać wiadomości z całego globu, a także  publikować oraz rozpowszechniać dzieła światowej literatury, czy wreszcie samemu pisać, chociażby najzwyklejsze pisma, zawdzięczamy na przestrzeni dziejów zaledwie kilku kluczowym wynalazkom. Każdy z osobna miał rewolucyjny wpływ na rozwój ludzkości, a wszystkie razem tworzą to, co dziś stanowi dla nas zwykłą codzienność, z której korzystamy nie zastanawiając się specjalnie nad pochodzeniem tego, bez czego nie wyobrażamy sobie współczesnej cywilizacji.

O wyjątkowości danej cywilizacji czy narodu stanowiła zawsze kultura przez nie tworzona, którą możemy poznawać dzięki pozostawionym źródłom. Wśród nich najbardziej znaczące są źródła pisane. Możemy je śledzić od momentu pojawienia się alfabetu. Pierwszym systemem znaków służącym do zapisywania wiadomości było pismo klinowe, czyli syntetyczne, stworzone ok. 3 000 r. p.n.e. przez Sumerów, na terenach obecnego Iraku. Jeden znak wyrażał w nim jakąś myśl lub całe zdanie, przez co jego interpretacja zawsze była niejednoznaczna. Posługiwanie się nim wymagało znajomości tysięcy symboli, przez co jego opanowanie było niezwykle trudne. Następnym etapem było pismo ideograficzne, w którym poszczególne znaki odpowiadały określonym słowom. Dużego postępu w rozwoju i rozprzestrzenieniu alfabetu dokonali ok. 1050 r. p.n.e. Fenicjanie, zamieszkujący tereny dzisiejszego Izraela, Libanu i Syrii. Stworzyli oni spółgłoskowy system znaków odpowiadających już nie słowom, a dźwiękom i zawierający zaledwie 24 litery. W takiej też formie wynalazek ten dotarł do Grecji, gdzie udoskonalono go dodając symbole odpowiadające samogłoskom, tworząc w ten sposób pierwszy prawdziwy alfabet. Kolejnego przełomu ok. 7 w. p.n.e.  dokonali Rzymianie, którzy zainspirowani przez Greków stworzyli własny alfabet, zawierający tylko dwadzieścia jeden liter[1], czyniąc go najprostszym ze wszystkich dotychczas znanych systemów. Tak znaczące uproszczenie alfabetu oraz ekspansywność Rzymian sprawiły, że szybko rozprzestrzenił się on w całym starożytnym świecie i do dziś jest najczęściej używanym alfabetem[2].

Pierwszym materiałem pisarskim była mokra glina. Formowano ją w tabliczki i przy pomocy rylca, żłobiono w niej znaki, utrwalające się po wypaleniu ich w piecu. Był to jednak materiał wyjątkowo niepraktyczny, gdyż po zaschnięciu wprowadzanie zmian stawało się niemożliwe, na dodatek tabliczki były ciężkie i zajmowały dużo miejsca, co nastręczało problemów z ich przechowywaniem. Dla skrybów, poetów i księgowych rewolucyjnym wynalazkiem okazały się więc tusz i papier. Pierwszą recepturę na tusz opracowano w Chinach. Składał się on początkowo  z sadzy, oliwy, żelatyny  ze skór osłów oraz piżma. Ok. 400 r. p.n.e. pojawił się inny przepis, zapewniający tuszowi większą wyrazistość i trwałość. Wyrabiano go z soli żelaza, tanin z żołędzi oraz z żywicy. Jednak receptury te okazały się niewystarczające, gdy w XV w. wynaleziono prasę drukarską. Tusz nie przywierał po prostu do metalowych czcionek i rozmazywał się na stronie. Problem ten rozwiązała nowa mieszanina sadzy, terpentyny i oleju z orzechów włoskich[3].

Mniej więcej w tym samym czasie co tusz, wynaleziono papier. Pierwszy był jednak papirus, wyrabiany przez Egipcjan z rośliny nazywanej pa-p-irus(nadrzeczna), której miękką tkankę wewnętrznej części łodygi rozgniatano na płaski pasek. Paski kładziono na desce zwilżonej wodą, w  poprzek nakładano taką samą, drugą warstwę. Następnie obie warstwy poddawano działaniu prasy i suszono na słońcu. Gotowe arkusze sklejano ze sobą brzegami za pomocą kleju z mąki, wody i octu, a chropowatości wyrównywano muszlą lub kością słoniową. Jeden zwój składał się przeważnie z dwudziestu arkuszy[4].  Papirus był materiałem lekkim, wygodnym do przenoszenia, a zarazem łatwym do przechowywania. Egipcjanie zapoczątkowali więc jego wyrabianie na szerszą skalę, a powstające zwoje szybko zyskały zbyt w innych krajach. Około 105 r. n.e. chiński minister rolnictwa Tsai Lun wynalazł papier. Wyrabiano go z liści morwy, lnianych szmat i konopi. Składniki te rozdrabniano i mieszano  z wodą. Gotową zawiesinę wlewano do kadzi i czerpano ją w płaskie sita z nici bambusowych. Gdy woda ściekła wykładano arkusze papieru na filc i przykrywano drugim kawałkiem filcu. Uzyskany w taki sposób stos papieru prasowano w przystosowanych do tego prasach. Następnie arkusze osuszano na wolnym powietrzu, wygładzano kamieniem i przycinano do odpowiednich rozmiarów. Do ósmego wieku metoda ta rozprzestrzeniła się we wszystkich krajach arabskich. Najstarsze okazy papieru znaleziono  na Pustyni Tybetańskiej i pochodzą z IV w.[5] Do Europy papier dotarł za sprawą krucjat w XII w., a w Polsce pojawił się dopiero w wieku XIV[6].  Do tego czasu do zapisywania używano pergaminu, czyli cienkich arkuszy skóry cielęcej, owczej i koziej. Stosowano go już sporadycznie w XII w. p.n.e., ale do powszechnego użytku wchodził stopniowo od III w. p.n.e[7]. Sposób jego wyrabiania polegał na moczeniu skóry w wodzie wapiennej, następnie usuwano sierść i znowu moczono. Skórę naciągano na drewniane ramy, suszono, gładzono pumeksem i posypywano sproszkowaną kredą[8]. Trzeba jednak zaznaczyć, że papirus, papier czy pergamin były materiałem drogim dlatego w życiu codziennym aż do średniowiecza dominowały tabliczki z metalu lub drewna. Malowano je na biało, pokrywano cienką warstwą wosku i na tak przygotowanym materiale sporządzano zapiski. Pojedyncze tabliczki tasiemkami łączono na grzbiecie tworząc w ten sposób wygodny w użyciu notes odpowiedni tak dla ucznia, jak i polityka, kupca czy pisarza[9].

Początkowo pismo było wykorzystywane do sporządzania dokumentów, utrwalania ważnych wiadomości, podań, zapisków kronikarskich itp. Sporządzaniem takich informacji zajmowali się skrybowie, księgowi czy kronikarze.  Stopniowo jednak umiejętność czytania i pisania była coraz bardziej powszechna i przestawała podporządkowywać się czynnościom stricte administracyjnym, stając się za sprawą pisarzy i poetów czynnikiem kulturotwórczym. Szybko pojawiła się konieczność masowego kopiowania dokumentów czy ksiąg. Do XV w. zajmowali się tym kopiści. Kopie sporządzano przeważnie ręcznie, co było zajęciem żmudnym, kosztownym i pracochłonnym, a na dodatek kopiści często robili błędy w przekładach przepisywanych tekstów. Wielkiego przełomu w rozwoju piśmiennictwa i literatury w ogóle dokonał więc Johannes Gensfleisch, zwany Gutenbergirm. W 1456 r.  skonstruował prasę drukarską, która zrewolucjonizowała proces druku i kopiowania. Już w starożytności dokonywano prób drukowania, które polegały na odbijaniu całych stronnic z pokrytych farbą glinianych tabliczek. W 1041 r. chiński kowal Pi Szeng wpadł na pomysł stosowania oddzielnych tabliczek dla każdego ideogramu, tworząc w ten sposób drewnianą lub metalową czcionkę drukarską. W Europie, prawdopodobnie niezależnie od Pi Szenga, pomysł ten przypisuje się Holendrowi L.J. Costerowi, który w 1423 r. przy użyciu czcionek wydrukował 8-stronnicową książeczkę zatytułowaną Horarium[10]. Główną innowacją wynalazku Gutenberga było odlanie z ołowiu ruchomych czcionek. Układano je w wąskich drewnianych rynienkach, z której każda stanowiła jedną linijkę tekstu. Następnie rynienki umieszczano w ramie, tworzącej matrycę strony, ołowiane czcionki pokrywano tuszem i odciskano na nich papier. Zastosowano także justunek, czyli materiał nieodbijalny do robienia odstępów między wierszami[11]. W ten sposób można było wydrukować szybko i tanio dowolną ilość kopii. W 1456 r. przy użyciu prasy Gutenberga wydrukowano Biblię zawierającą 1286 stronnic i swym wyglądem oraz jakością przewyższającą wszystkie księgi pisane dotychczas ręcznie[12]. Od tego momentu stopniowo wzrasta druk książek, pism czy prasy codziennej, a wprowadzane innowacje wciąż zwiększały możliwości drukarskie kolejnych maszyn, co z kolei miało przełożenie na stopniowo coraz szerszy dostęp do literatury i rozwój kultury w ogóle. Kolejny wielki postęp w dziedzinie drukowania nastąpił w 1814 r., kiedy to F. Koenig zbudował prasę drukarską z napędem mechanicznym, umożliwiającą druk 800 odbitek na godzinę[13]. Wraz z mechanizacją druku rozpoczyna się era masowej produkcji książek i prasy.

W dziejach piśmiennictwa kultowym wręcz narzędziem pozostaje maszyna do pisania, którą w 1868 r. wynalazł Christopher Sholes. Na wałek nawijało się i mocowało arkusz papieru. W miarę jak na papierze pojawiały się kolejne linijki tekstu, wałek przesuwał papier ku górze. Gdy wciskało się klawisz zawierający odpowiednią literę, cyfrę lub znak interpunkcyjny, unosiło się metalowe ramię odpowiadające wybranemu znakowi, które uderzało w pokrytą tuszem taśmę i odciskało literę na znajdującym się dalej papierze. Całość osadzona była na szafce zapożyczonej od maszyny do szycia. Ponieważ do produkcji maszyny do pisania potrzebne były precyzyjnie wykonane, drobne elementy metalowe, Sholes przyszedł ze swoim wynalazkiem do słynnej firmy produkującej broń – Remington Arms. Początkowo jednak produkcja nie przynosiła zysków. Błędnie nastawiono się na prywatnych odbiorców. Do 1880 r. sprzedano zaledwie 5000 egzemplarzy. Dopiero gdy zwrócono się do firm i korporacji, w ciągu sześciu lat sprzedaż wzrosła do 50 000. Z czasem maszyny zaczęły cieszyć się też dużym zainteresowaniem wśród prywatnych odbiorców. Na początku XX w. opracowano elektryczne maszyny do pisania. Pojawiła się też taśma korekcyjna, dzięki której można było usunąć błędnie zapisane znaki[14]. W Polsce pierwsze maszyny do pisania produkowały fabryki w Warszawie i w Radomiu[15]. Kres ery maszyn do pisania położył komputer. Jego wynalezienie uczyniło je sprzętem przestarzałym i niepraktycznym, przez co wycofano je z powszechnego codziennego użytku.

Kolejnym niezwykle znaczącym wynalazkiem, wprowadzającym piśmiennictwo na nowe tory był komputer osobisty. Pierwszy komputer w ogóle, czyli elektroniczną maszyną cyfrową nazwaną MARK-I, zbudowano w latach 1937-44 w USA. Seryjne wytwarzanie wciąż ulepszanych komputerów podjęto pod koniec lat czterdziestych. Wciąż należały one jednak do maszyn służących przede wszystkim do wykonywania skomplikowanych obliczeń matematycznych i balistycznych, na dodatek pobierały ogromne ilości mocy, wymagały stałego chłodzenia i zajmowały powierzchnię nawet 140 m²[16]. Nie były też przeznaczone dla odbiorców indywidualnych. W połowie lat sześćdziesiątych, wraz z zastosowaniem układów scalonych komputery zaczęły uzyskiwać coraz lepsze osiągi, a zarazem zmniejszały się ich rozmiary. Pierwszy komputer osobisty – Altair 8800 firmy MITS, zaprezentował w 1975 r. Ed Roberts i Bill Gates, ale pierwszym masowo produkowanym był ten stworzony rok później – Apple I, zaprojektowany w garażu przez Steve`a Woźniaka i Steve`a Jobsa. Oferował on konsumentom rozszerzoną pamięć, możliwość przechowywania danych, kolorową grafikę, klawiaturę oraz szesnastobitowy procesor[17]. Komputer Apple I można było nabyć za ok. 660 dolarów[18]. W 1981 r. wprowadzono do sprzedaży Apple II, który posiadał już prosty edytor tekstów oraz arkusz kalkulacyjny[19]. W Polsce pierwszy komputer osobisty zbudował Jacek Karpiński. Prototyp K-202, bo taką otrzymał nazwę, był gotowy już w 1971 r. Miał wielkość małej walizki, pracował z szybkością miliona operacji na sekundę i operował 150-cio kilobajtową pamięcią[20]. Niestety projekt nie uzyskał wsparcia władz PRL i mimo rozpoczętej już produkcji został zarzucony. Dziś mało kto wie, że jednym z pionierów w budowie minikomputera był Polak, a Polska mogła stać się jedną ze światowych potęg w dziedzinie komputeryzacji. Dla samego piśmiennictwa najbardziej przełomowe okazało się jednak wprowadzenie do komputerów edytorów tekstu. Pierwszym był Electric Pencil, pracujący na komputerze Altair[21]. Najbardziej popularnym okazał się Word, który ukazał się w 1983 r. Wciąż unowocześniany stopniowo dawał piszącemu coraz większe możliwości dokonywania nieograniczonej liczby operacji na jednym tekście, bez konieczności jego drukowania, kreślenia czy przepisywania[22].

Nie sposób nie wspomnieć też o wynalazku ściśle związanym z rozwojem piśmiennictwa, niejako mu podlegającym i będącym chyba jego najważniejszym przejawem. Mowa oczywiście o książce. Najbardziej typową jej postacią od VI w. p.n.e. był zwój papirusu. Jako nośnik do utrwalania i rozpowszechniania treści literackich pierwsi wykorzystali go Grecy[23]. Zwoje okazały się jednak wyjątkowo nieporęczne przy studiowaniu tekstu, zwłaszcza obszernego, dlatego w rozwoju książki bardzo znaczącym momentem jest wynalezienie pergaminu. Był wytrzymalszy od papirusu, można go było zapisywać z obydwu stron i podobnie jak drewniane tabliczki, zszywać na grzbietach tworząc kodeks. Powstanie pierwszych  kodeksów datuje się na ok. II w. p.n.e., ale popularność zaczęły zdobywać dopiero w I w. n.e., gdy zaczęto utrwalać na nich twórczość największych poetów i pisarzy. Pierwsze książki nie posiadały strony tytułowej, numeracji stron ani indeksów. Część informacji związanych z utworem umieszczano w kolofonie, czyli na ostatniej stronie[24]. Początkowo też dostęp do rękopisów był mocno ograniczony. Tworzono je przeważnie na zamówienie, często w pojedynczych egzemplarzach i głównie w ośrodkach przyklasztornych lub dworskich. Książki były też dobrem niezwykle cennym, tak że w bibliotekach przykuwano je łańcuchami do półek czy stołów[25]. Do laicyzacji skryptoriów przyczyniły się uniwersytety, przy których tworzono biblioteki zawierające materiały niezbędne do nauki, w tym także teksty wykładów. Materiały wypożyczano za odpowiednią opłatą[26]. Zarówno wygląd, jak i dostęp do książki zrewolucjonizował wynalazek druku. Pojawiły się strony tytułowe, zawierające nazwisko pisarza, tytuł dzieła, informację o wydawcy, drukarzu, miejscu i czasie wydania, zaczęto też numerować strony i wprowadzono indeksy. Wynalazek druku uwolnił książkę z klasztornych murów i łańcuchów, czyniąc ją dobrem publicznym, do którego dostęp stawał się coraz bardziej powszechny[27]. Jednak naprawdę masowa produkcja książek rozpoczęła się dopiero w XIX w., gdy proces druku został zmechanizowany. Wtedy też książki zaczęły być dobrem, na które rzeczywiście mógł sobie pozwolić niemal każdy, zwłaszcza, że coraz częściej rezygnowano z twardej oprawy. Współczesna książka  narodziła się w 1939 r. w Stanach Zjednoczonych, gdzie wydawca Robert F. de Graff założył Pocket Books, pierwszą firmę publikującą książki wyłącznie w miękkich oprawach. Jako pierwsze opublikowano w ten sposób m.in. Wichrowe wzgórza, czy powieści Agathy Christie[28].

Na rozwój piśmiennictwa miało również wpływ kilka mniejszych wynalazków, które na trwałe weszły do codziennego użytku i bez których trudno dziś się obejść. W 1795 r. francuski chemik Nicolas Conte wynalazł ołówek. Dokonał tego przez zmieszanie razem i wypalenie gliny z grafitem, które następnie umieścił w drewnianej oprawce. Conte odkrył również, że czas wypalania mieszanki gliny i grafitu określa twardość ołówka. Do rysowania lepszy był miękki, do pisania twardy. Błędnie zapisane znaki można było łatwo usunąć przy pomocy ośródki bułki lub chleba. Ołówek był bardzo przydatnym narzędziem do sporządzania szybkich, brudnopisowych notatek. Jego praktyczność wzrosła w 1858 r., gdy Hyman Lipman wpadł na pomysł przymocowania do górnej części ołówka kawałka wulkanizowanej gumy, a John Lee Love, ok. 1897 r. wynalazł małą kieszonkową temperówkę[29].

Do lat trzydziestych XX w. do sporządzania ręcznych ważnych zapisków używano pióra. Najstarszym przodkiem tego przyrządu pisarskiego jest rylec służący do pisania na tabliczkach i wyrabiany z kości słoniowej lub metalu. W przypadku papirusu stosowano pióra trzcinowe, a od V w. do pisania na pergaminie czy później papierze używano gęsiego pióra, moczonego w pojemniku z atramentem i ostrzonym specjalnym nożykiem[30]. Udręką była konieczność przerywania co kilka słów pisania aby uzupełnić wysychający na piórze atrament. Później powstało wieczne pióro, zawierające wewnątrz zbiorniczek z pompką, który co jakiś czas, ale już znacznie rzadziej, wymagał napełnia atramentem. W pełni dojrzały produkt stworzył w 1894 r. L. Waterman.[31] Pisanie piórem było jednak uciążliwe również dlatego, że pisarz zawsze brudził się atramentem, który na dodatek, na papierze wolno wysychał, przez co bardzo łatwo można było zamazać zapisywaną stronę. Tusze używane w drukarniach wysychały niemal natychmiast, ale ze względu na zbyt dużą gęstość nie można ich było zastosować w piórach. Z takimi problemami przy pisaniu zmagano się więc aż do 1939 r., kiedy to pochodzący z Bułgarii dziennikarz László Biró wymyślił długopis. Innowacja polegała na tym, że w piórze Biró znajdowała się rurka wypełniona kleistym, szybkoschnącym tuszem. Na jej końcu zamocował malutką stalową kulkę, która obracając się pobierała tusz z wkładu i przenosiła go na papier, gdzie niemal natychmiast zasychał[32]. Po wybuchu wojny Biró, ze względu na żydowskie pochodzenie, musiał uciekać przed represjami emigrując do Argentyny, gdzie opatentował swój wynalazek. Okazało się, że dzięki długopisowi miał on swój wkład w działania wojenne, ponieważ jako pierwszy na szeroką skalę jego wynalazek wykorzystał Departament Obrony Stanów Zjednoczonych, poszukujący akurat pióra, które można by używać w samolotach na dużych wysokościach. László Biró pozostał w Argentynie już do końca życia, a żeby uczcić jego pamięć, w dniu jego urodzin, czyli 29 września, obchodzi się tam „Dzień Wynalazcy”[33].

Niewątpliwie istniało jeszcze wiele innych wynalazków, które przyczyniły się do rozwoju piśmiennictwa. Niniejszy artykuł przedstawia jedynie te najważniejsze, subiektywnie dobrane przez autora. Gdyby jednak zebrać i opisać wszystkie, można by stworzyć osobną publikację na ten temat. Każda dziedzina związana z funkcjonowaniem człowieka we współczesnym świecie miała swój powolny proces dochodzenia do tego, co na co dzień obserwujemy i z czego dziś korzystamy. Podążanie śladami tej ewolucji, poznawanie jej mechanizmów oraz tych, którzy poruszali jej trybami, bez wątpienia jest czymś fascynującym.

 

 

Bibliografia:

Boorstin J. Daniel, Odkrywcy. Dzieje ludzkich odkryć i wynalazków, Warszawa 1998;

Craughwell J. Thomas, Wielka księga wynalazków, Warszawa 2010;

Encyklopedia odkryć i wynalazków chemia, fizyka, medycyna, rolnictwo, technika, red. Jezierska Krystyna, Warszawa 1979;

Głombiowski Karol, Szwejkowska Helena, Książka rękopiśmienna i biblioteka w starożytności i średniowieczu, Warszawa 1971;

Szymański Józef, Nauki pomocnicze Historii, Warszawa 2002;

 

Strony internetowe:

http://mat-inf-gim2.tbg.net.pl/ciekawostki.html

http://webcover.pl/historia-edytorow-tekstu.htm,

http://pl.wikipedia.org/wiki/Microsoft_Word

 


[1] Znaki G,J,U,W i Y dodano do niego wiele wieków później.

[2] Karol Głombiowski, Helena Szwejkowska, Książka rękopiśmienna i biblioteka w starożytności i średniowieczu, Warszawa 1971, s. 8; Thomas J. Craughwell, Wielka księga wynalazków, Warszawa 2010 r., s. 50.

[3] T. J. Craughwell, op.cit., s. 58.

[4] K. Głombiowski, H. Szwejkowska, op.cit., s. 21-22.

[5] Obecnie znajdują się w świątyni Tung Huan w Turkiestanie, w British Museum oraz Bibliothéque Nationale w Paryżu

[6] Józef Szymański, Nauki pomocnicze Historii, Warszawa 2002, s. 310.

[7] Encyklopedia odkryć i wynalazków chemia, fizyka, medycyna, rolnictwo, technika, red. Krystyna Jezierska, Warszawa 1979, s. 261.

[8] Ibidem, s. 309.

[9] K. Głombiowski, H. Szwejkowska, op.cit., s. 24.

[10] Encyklopedia odkryć i wynalazków(…), op.cit., s. 61.

[11] T. J. Craughwell, op.cit., s. 142.

[12] Encyklopedia odkryć i wynalazków(…), op.cit., s. 61.

[13] Ibidem, s. 281.

[14] Ibidem, s. 270.

[15] Ibidem, s. 196.

[16] Ibidem, s. 148-149.

[17] T. J. Craughwell, op.cit., s. 504.

[19] Ibidem.

[20] Ibidem.

[22]  http://pl.wikipedia.org/wiki/Microsoft_Word, dostęp: 26.07.2012, 9:57.

[23]  K. Głombiowski, H. Szwejkowska, op.cit., s. 26-27.

[24]  Daniel J. Boorstin, Odkrywcy. Dzieje ludzkich odkryć i wynalazków, Warszawa 1998, s. 485.

[25] Ibidem, s. 488.

[26] K. Głombiowski, H. Szwejkowska, op.cit., s. 132-133.

[27] D. J. Boorstin,  op.cit. s. 485-487.

[28] T. J. Craughwell, op.cit., s. 432.

[29] Ibidem, s. 190.

[30] J. Szymański, op.cit., s. 312.

[31] Encyklopedia odkryć i wynalazków(…), op.cit. s. 270.

[32] T. J. Craughwell, op.cit.,  s. 428.

[33] Ibidem.

I wojna swiatowa

Życie i śmierć w okopach I wojny światowej

Dla nikogo ziemia nie znaczy tyle, co dla żołnierza. Kiedy tuli się do niej długo i mocno, kiedy w śmiertelnym lęku przed ogniem wciska się w nią głęboko, twarzą i kończynami, ona to staje się jedynym przyjacielem, bratem, matką, w jej milczenie i w jej zacisze wyjękuję swój strach i swoje krzyki, a ona je przyjmuje(…)[1]

Wydarzenia I wojny światowej znamy dzisiaj w przeważającej mierze z podręcznikowych opisów, których ze względu na ograniczony czas, jaki poświęcony jest w szkole na historię XX w., często nie zdąży się omówić. Rzadko ten temat porusza się w mediach i stosunkowo nie wiele też powstało opracowań traktujących o Wielkiej Wojnie. Historia pierwszej połowy XX w. zdominowana została przez wydarzenia kolejnego światowego konfliktu z lat 1939-45, który przyćmił to, co działo się zaledwie kilka lat wcześniej. Stąd wiedza większości z nas o wydarzeniach I wojny światowej ograniczona jest do najważniejszych faktów i postaci tamtego okresu, natomiast los szeregowych, anonimowych żołnierzy, którzy znaleźli się w beznadziejnej, bezsensownej i dramatycznej sytuacji wciąż jest pomijany w skrótowych relacjach przypominających jeden z najkrwawszy konfliktów w dziejach świata.

Pierwsza wojna światowa była wojną pozycyjną, najkrwawszą i najokrutniejszą w ówczesnej historii. Żołnierze walczących stron utkwili naprzeciwko siebie w okopach przecinających Europę od Kanału La Manche do granicy szwajcarskiej, rozdzieleni tylko wąskim pasem ziemi niczyjej. O tym jak wyglądało życie na pierwszej linii frontu, na dnie okopu pisze Erich Maria Remarque, we wstrząsającej książce Na zachodzie bez zmian i to tym właśnie dziełem inspirowany jest niniejszy artykuł. Remarque opisuje wojenną rzeczywistość na linii frontu widzianą oczyma szeregowych żołnierzy, wśród których znalazł się również on sam. Autor z całą bezwzględnością obnaża bezsens wojny i tragedię ludzi, którzy zbyt szybko się zestarzeli, zatracając młodość w brudzie, zwątpieniu, samotności, rozpaczy, przerażeniu i śmierci. Dla ludzi wysłanych na pierwszą linię frontu ziemne schrony stały się rodzajem otwartego więzienia, w którym życie biegło zupełnie odmiennym rytmem, naznaczonym bezsennością, bólem, głodem, często nudą, a zarazem niewyobrażalnym stresem. Już sam obraz, jaki odsłaniał widok z okopu był piorunujący. Przed linią umocnień, pomiędzy walczącymi stronami znajdował się pas ziemi niczyjej, którego szerokość wahała się w różnych miejscach od kilkudziesięciu, do kilkuset metrów. Był to teren, gdzie dochodziło do bezpośrednich, zaciekłych starć i znajdujący się pod ciągłym ostrzałem karabinowym, artyleryjskim oraz lotniczym. Stąd cały ten obszar był wyjałowiony z wszelkiej roślinności, za to  usiany niezliczonymi lejami po pociskach, szczątkami budynków, drutem kolczastym oraz rozkładającymi się ciałami poległych ludzi i zwierząt, których nie można było zabrać i pochować ze względu na ciągły ostrzał snajperski[2].

Dzień w okopie rozpoczynał się około godziny piątej rano, gdyż większość ataków nieprzyjacielskich miała miejsce właśnie o świcie. Żołnierze przygotowywali więc broń, zajmowali pozycje obronne i oczekiwali na ewentualną ofensywę, nieregularnie ostrzeliwując wrogie pozycje. Najbardziej pracowitym czasem była noc. Po zmroku rozpoczynały się wszelkiego rodzaju prace umocnieniowe związane z konserwacją i naprawą okopów. By nie ściągać na siebie uwagi snajperów działania takie można było podejmować tylko w ciemności i  w absolutnej ciszy, co wielokrotnie potęgowało obciążenie pracą, która polegała na kopaniu umocnień, układaniu nowych worków z piaskiem czy rozciąganiu drutu kolczastego. Nocą na obszar ziemi niczyjej wysyłano małe grupy żołnierzy, których zadaniem było zabranie z pola walki rannych za dnia  towarzyszy, odzyskanie sprzętu pozostałego przy zabitych, uzyskanie informacji o stanie umocnień wroga, podejmowano próby wykradania dokumentów, prowiantu czy pojmania jeńców[3]. Wszystko to wymagało dużej energii i siły, której nie mogły dostarczyć brak pożywienia, choroby, bezsenność i ogólne poczucie beznadziejności. Ze względu na trudności z dostarczeniem prowiantu, żołnierze często cierpieli głód. O przyrządzeniu ciepłego posiłku nie mogło być mowy, gdyż dym z ogniska mógł zdradzić ich lokalizację. Na zdrowiu walczących mocno odbijał się brak warzyw i owoców. W codziennej diecie dominowały stary chleb i konserwy (często brakowało i tego), ale ze względu na warunki w jakich je przechowywano, często były już zepsute i zapleśniałe, stąd też większość żołnierzy miało problemy żołądkowe i ostrą krwawą biegunkę[4]. W codziennej okopowej egzystencji swoje stałe miejsce w harmonogramie miała nierówna walka ze szczurami i wszami, które były prawdziwą plagą. Na wszy nie było sposobu, próbowano usuwać je ręcznie, ale nie przynosiło to większych efektów[5]. Szczury, zwane trupimi, odznaczały się taką zuchwałością, że nie obawiały się nawet chodzić po twarzach drzemiących ludzi. Sen był więc praktycznie niemożliwy. Do tego gryzonie pozbawiały żołnierzy i tak już opłakanych ilości jedzenia. Gdy tylko więc nadarzała się okazja urządzano na nie krwawe polowania[6]. W okopach nie było możliwości zmiany ubrania, a tym bardziej bielizny, wyjątkową więc udrękę stanowiło błoto i brud, który był wszechobecny oraz warunki atmosferyczne, które w tych okolicznościach niezależnie od pory roku były bardzo dokuczliwe. Linię okopów można przyrównać do jednej wielkiej, nie wysychającą kałuży wody i błota, stale zasilaną przez topniejący śnieg lub padający deszcz. Zdarzały się przypadki śmierci przez zasypanie obsuwającymi się zwałami mokrej ziemi[7]: Woda jest ohydna i wsącza się wszędzie od góry i od spodu(…) Żołnierze muszą dniem i nocą szuflować błoto z okopów. Nikt nie ma suchych stóp, nie mówiąc o suchym ubraniu[8]. Żołnierze przez całe dnie stali w bagnistej breji, co w połączeniu z brakiem higieny i głodem musiało skutkować chorobami takimi jak tyfus czy zapalenie jelit, nie mówiąc już o drobniejszych, ale dokuczliwych przypadłościach reumatyzmie czy tzw. stopie okopowej, bolesnej dolegliwości stóp, powodowanej długotrwałym przebywaniem w wodzie. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze trudny do zniesienia odór odchodów i rozkładających się ciał[9]: Kiedy wiatr zawiewa ku nam, przynosi opary krwi, ciężkie, wstrętnie słodkawe. Niesie z lejów trupie wyziewy, które zdają się być mieszaniną chloroformu i zgnilizny, wywołującą w nas mdłości i wymioty[10]. Trudno sobie wyobrazić, jak piorunująco takie warunki wpływały na psychikę ludzi uwięzionych i stłoczonych w wąskiej ziemnej jamie.

Stan wyczekiwania i rutyny przerywał moment ofensywy i rozpoczynająca się walka, której preludium stanowiła  kanonada wrogiej artylerii lub ostrzał z powietrza. Pociski rozrywały ziemię, okopy i ludzi, pozostawiając po sobie głębokie leje i szczątki ciał. Przykładowo, podczas natarcia pod Verdun na czworobok o wymiarach 1000 na 500 metrów niemiecka artyleria zrzuciła 80 tysięcy pocisków[11], od których ginęły bez śladu tysiące ludzi, rozerwanych na niezidentyfikowane części[12]. Kolejnym etapem ataku, który rozwinął się właśnie podczas pierwszej wojny światowej, było użycie gazów bojowych. Najczęściej stosowano iperyt, lewizyt, fosgen i adamsyt. Gaz porażał przeważnie wzrok i drogi oddechowe, ale powodował także ogólny paraliż lub zaburzenia psychotoksyczne[13]. Wśród walczących uchodził za broń szczególnie przerażającą, przed którą nie było jeszcze skutecznej ochrony, a na dodatek, jako cięższy od powietrza, osiadał w okopach i zagłębieniach pozostając niebezpiecznym przez wiele dni[14]. Ci którzy zbyt późno zauważyli nadciągającą gazową chmurę i w porę nie założyli maski gazowej, umierali w męczarniach. Ci którzy zdołali przeżyć często trwale tracili wzrok lub do końca życia mieli problemy z oddychaniem. Przy mniejszych zatruciach przeważnie wracało się do zdrowia, ale był to proces długotrwały i bolesny. W maskach gazowych, przeważnie prowizorycznych, żołnierze wybiegali z okopów i rozpoczynała się walka na śmierć i życie przy użyciu, karabinów, broni krótkiej, bagnetów, granatów ręcznych, saperek itp. Wszystko odbywało się w myśl prostej zasady: „jeśli my ich nie zniszczymy, wówczas oni zniszczą nas”[15]. Maski dodatkowo ograniczały swobodę ruchów, utrudniały oddychanie, a obawa przed utratą szczelności stale potęgowała strach związany z walką. Na polu bitwy szeregowi żołnierze, zwykli ludzie oderwani od swojego normalnego życia, zawodu i rodziny, raczej nie myśleli o znaczeniu danej potyczki dla całej kampanii, nie kierowali się starannie nakreśloną strategią, a strach przed śmiercią lub utratą zdrowia stawiał pod znakiem zapytania zrozumienie dla sensowności jakiegokolwiek powodu, dla którego toczona jest wojna[16]. W momencie, gdy zmuszani byli do natarcia, wyjścia z okopu i rzucenia się na wroga, przez grad kul, pocisków i granatów, liczyła się dla nich tylko jedna strategia: bitwa była po prostu walką o przeżycie, każdy walczył o siebie i nie myślał o niczym innym, pragnął by wszystko skończyło się jak najszybciej: Staliśmy się groźnymi bestiami. Nie walczymy, ale bronimy się przed zagładą(…) W nasze ramiona i nogi uderza z mocą łomot ręcznych granatów, biegniemy skuleni jak koty, zagarnięci przez ową falę, która nas unosi, która robi z nas okrutników, zabójców, morderców, a niech i tak będzie: nawet diabłów. Zagarnięci przez falę, która przez strach, wściekłość  i żądzę życia zwielokrotnia nasze siły, która szuka dla nas ocalenia i wywalcza je. Gdyby z tamtymi z naprzeciwka szedł twój ojciec, nie zawahałbyś się rzucić mu w pierś granatu[17]. Taka walka trwała przynajmniej kilka godzin i jeśli w tym czasie ktoś został ranny, to nie miał szans na udzielenie pomocy. Każdy miał przy sobie podstawowy zestaw opatrunkowy, ale przy cięższych ranach okazywał się niewystarczający, nie mówiąc już o porażeniach spowodowanych działaniem trującego gazu. Czasem żołnierz po prostu sam nie był w stanie sobie pomóc. Jeśli nie został dobity lub się nie wykrwawił, to leżał udając martwego, walcząc już tylko z bólem i przerażeniem czekając na zakończenie potyczki, by spróbować przedostać się do swoich towarzyszy. Jeśli jednak ranny nie był w stanie się poruszać, to musiał czekać na pomoc kolegów, w nadziei że uda im się go zlokalizować. Ostrzał snajperski uniemożliwiał swobodne przedostanie się do poszkodowanego. Czasem trwało to przez kilka dni. Ranny wołał o pomoc, umierając przez wiele godzin i nikt nie był w stanie nic zrobić. We wstrząsający sposób taką scenę opisuje Remarque: Niektórzy jednak muszą leżeć długo i słyszymy jak umierają. Jednego szukamy daremnie przez dwa dni. Z pewnością leży na brzuchu i nie może się odwrócić(…) Stopniowo chrypnie. Jego głos brzmiący tak rozpaczliwie może dochodzić zewsząd(…) Drugiego dnia człowiek ów przycichł. Daje się łatwo zauważyć, że zaschły mu usta(…) Wpierw ciągle krzyczał o pomoc(…) Dziś już tylko płacze. Pod wieczór głos przygasa i zmienia się w krakanie, ale jeszcze i przez całą noc cicho postękuje. Rankiem, gdy myślimy, że tamten już dawno zaznał spokoju, dochodzi nas gulgocące rzężenie[18]. Gdy ranny miał szczęście, to  trafiał do szpitala polowego, który jednak szpitalem był tylko z nazwy i byli tacy, którzy woleli od razu zginąć niż tam się znaleźć[19]. Było to miejsce pozbawione wszelkich warunków higienicznych czy sanitarnych i zupełnie nie przystosowane do leczenia ciężkich obrażeń, jakie przeważnie charakteryzowały linię frontu. Również sama obsługa medyczna nie była przygotowana do leczenia takich przypadków[20]. Na domiar złego stale brakowało najpotrzebniejszych środków medycznych, zwłaszcza uśmierzającej ból morfiny, a lekarze nie mając możliwości leczenia obrażeń kończyn, w obawie przed zakażeniem całego ciała, po prostu je amputowali[21]. Stąd nawet niewielkie obrażenia odniesione w walce kończyły się często trwałym kalectwem, a nawet śmiercią.

Koniec walki obnażał bilans strat, odsłaniał rozrytą pociskami ziemię pełną poległych żołnierzy, zdefragmentowanych ciał, wokół unosił się fetor, spalenizny, krwi i chloru, a zewsząd było słychać krzyki i jęki rannych ludzi i zwierząt[22]. Podobne obrazy i przeżycia nie mogły nie odcisnąć trwałego piętna na psychice i dalszym życiu żołnierzy.  Niemal każdy był w szoku powybuchowym, wielu znajdowało się na skraju wyczerpania nerwowego. Często zdarzały się przypadki tzw. paniki schronowej objawiającej się nagłą histerią i rozpaczliwą próbą wyrwania się z ziemnego schronu, mimo świadomości, że taki krok niósł za sobą pewną śmierć[23]. Każdy walczył też sam ze sobą, z depresją, samotnością, rozpaczą i bezradnością. Niezwykle przejmująco wspomina to Remarque: (…) jesteśmy otępiali od ciągłego napięcia. Jest to napięcie śmiertelne, drapiące wzdłuż rdzenia kręgowego niby wyszczerbiony nóż. Nogi nie chcą chodzić, ręce dygocą, ciało staje się cienką powłoką z trudem okrywającą powściągane szaleństwo, okrywającą nie kończący się ryk, który wydziera się niepowstrzymanie. Nie mamy już ciała ani mięśni, a ze strachu przed czymś nieobliczalnym nie jesteśmy w stanie patrzeć na siebie[24]. To w efekcie doświadczeń I wojny światowej w skład personelu wojskowego zaczęto włączać psychiatrów[25].

Żołnierze nie przebywali oczywiście w okopach bez przerwy. Po ok. ośmiu dniach spędzonych na pierwszej linii frontu, nie bez powodu nazywanej strefą śmierci, przerzucani byli na tyły, gdzie mieli 3 do 4 dni na odpoczynek i w miarę możliwości regenerację sił. Po kilku dniach musieli jednak wrócić i wszystko zaczynało się na nowo[26]. Ci którym udało się to wszystko przeżyć wracali często ze zrujnowanym zdrowiem, zdruzgotaną psychiką i bez perspektyw na dalsze życie: Jestem młody, mam dwadzieścia lat, ale w życiu nie poznałem niczego poza zwątpieniem, śmiercią, strachem i splotem najbezsensowniejszych powierzchowności z bezmiarem cierpienia(…) Przez całe lata naszym zajęciem było zabijanie. To był pierwszy zawód w naszym życiu. Nasza wiedza o życiu ogranicza się do śmierci. Co więc ma nastąpić potem? Kim mamy być[27]?

Na koniec nie sposób nie poruszyć jeszcze jednej kwestii. Wśród walczących armii, ilość zawodowych żołnierzy była niewielka. Większość stanowili zwykli ludzie, którzy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Gdy byli powoływani dowódcy i politycy zapewniali, że wojna szybko się skończy i wszyscy na święta Bożego Narodzenia wrócą do domów. Tak się jednak nie stało. Żołnierze bardziej od wroga z przeciwnego okopu nienawidzili dowódców i rządzących, którzy wywołali wojnę, przedłużali ją w nieskończoność, kierując wszystkim z ciepłych i przytulnych gabinetów, podczas gdy oni ginęli od kul, granatów, chorób, zimna i z głodu[28]: Podczas gdy oni [politycy] ciągle jeszcze pisali i przemawiali, myśmy widzieli szpitale i umierających; kiedy oni służenie państwu nazywali czymś największym, myśmy już wiedzieli, że strach przed śmiercią jest silniejszy[29]. Taki stan rzeczy musiał powodować wzburzenie, złość i sprzeciw, ale ponieważ wszelka niesubordynacja na froncie karana była nawet śmiercią, bunty zdarzały się niezwykle rzadko[30]. Jednak sytuacje, w których rekruci masowo odmawiali wykonania rozkazu ruszenia do szturmu, miały miejsce dość często[31]. Wraz z przedłużającą się wojną wzrastała liczba przypadków dezercji i samookaleczenia[32]. Żołnierze zdawali sobie też sprawę, że ci po przeciwnej stronie znajdują się w podobnej sytuacji, że walczą i zabijają tylko dlatego, że są do tego zmuszani[33]. O tym, że walczący bardziej niż wzajemną nienawiścią darzyli się raczej zrozumieniem i świadomością wspólnej niedoli, świadczą przypadki niesienia pomocy rannym przeciwnikom[34] oraz przede wszystkim przypadki tzw. bratania się żołnierzy. W nocy 24 grudnia 1914 r. żołnierze walczących stron wychodzili z okopów i wspólnie przy ogniskach, na ziemi niczyjej obchodzili Boże Narodzenie, śpiewając kolędy, dzieląc się papierosami, zapasami jedzenia itd. Obie strony godziły się na zebranie i pogrzebanie zabitych. Rozegrano nawet mecz piłkarski. Wydarzenia te miały miejsce w różnych miejscach frontu zachodniego na całej jego długości oraz na froncie wschodnim i przeszły do historii jako „rozejm bożonarodzeniowy” lub „cud wigilijny 1914”. Brały w nim udział m.in. Londyńska Brygada Strzelców, 5. Dywizja Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych, Pułk Westminster, jednostki belgijskie, francuskie oraz pułki saksońskie[35]. W niektórych miejscach zawieszenie broni trwało do 3 stycznia i zakończyło go dopiero wprowadzenie świeżych jednostek na linię frontu. Decyzje o rozejmie zapadały oddolnie, z inicjatywy niższych oficerów. Generałowie byli im zdecydowanie przeciwni, a bratanie się z wrogiem uznano za zdradę główną, ale ponieważ informacje z frontu dochodziły do nich z opóźnieniem nie zdążono w porę zareagować. W następnych latach na czas Bożego Narodzenia zarządzano natomiast intensywne ostrzały artyleryjskie pozycji wroga, by uniemożliwić powtórzenie się wydarzeń z grudnia 1914 r. Dowództwa oddziałów starały się też zniszczyć wszelkie ślady tamtych wydarzeń. Konfiskowano zdjęcia, cenzurowano listy i notatki. Pamięć o świątecznych rozejmach jednak przetrwała , a we francuskiej miejscowości Frelingien znajduje się pomnik upamiętniający jeden z nich[36].

Pierwsza wojna światowa, pod wieloma względami była wyjątkowa i przełomowa na tle innych wcześniejszych konfliktów na przestrzeni dziejów. Nie tylko pod względem taktycznym, technicznym czy rozległości obszarów nią ogarniętych, ale także ze względu na towarzyszące jej okrucieństwo i liczbę ofiar. Pod broń powołano 65 mln ludzi, z czego 9,5 mln zginęło w walce, kolejne 10 mln z powodu głodu i chorób oraz ciągłej poniewierki, a 20 mln odniosło rany[37]. Trudno uwierzyć, że zaledwie kilka lat później wybuchł kolejny światowy konflikt, który przyćmił rozmiarami ten poprzedni. Przeżywając kolejną rocznicę wybuchu lub zakończenia I wojny światowej trzeba pamiętać nie tylko o datach i  najważniejszych wydarzeniach, ale także o tragicznej młodości ludzi początku XX w., którzy przeszli przez piekło okopowej egzystencji, a kilka lat później, choć w innych już warunkach, znów musieli wrócić na front, tym razem II wojny światowej i z bronią w ręku i przeżywać wszystko od nowa, tracąc kolejna lata życia lub w ogóle życie. Warto też zmusić się do refleksji i wyobrazić sobie siebie w tamtej sytuacji, na dnie okopu, przerażonego, głodnego, brudnego i okropnie zmęczonego. Wtedy zupełnie inaczej poznaje się historię i odkrywa ją na nowo.

 


[1]           Erich Maria Remarque, Na zachodzie bez zmian, Olsztyn 1992, s. 36.

[2]           Historia I Wojny Światowej Front Zachodni 1914-1916. Od planu Schliffena do Verdun i Sommy, red. Charles Catton, Poznań 2010, s. 105.

[3]           Historia I Wojny Światowej(…) op.cit., s. 105.

[4]           Ibidem, s. 155. Historia I Wojny Światowej(…) op.cit., s. 103.

[5]           E.M. Remarque, op.cit., s. 47.

[6]           Ibidem, s. 62. Janusz Pajewski, Pierwsza Wojna Światowa 1914-1918, Warszawa 1998, s. 378.

[7]           Thomas Weber, Pierwsza wojna Hitlera, Adolf Hitler, żołnierze pułku Lista i pierwsza wojna światowa, Poznań 2011, s. 84.

[8]           Cyt. za: ibidem, s. 84.

[9]           J. Pajewski, op.cit. s. 378. T.Weber, op.cit., s. 125-126.

[10]          E.M. Remarque, op.cit., s. 75.

[11]          Historia I Wojny Światowej(…), op.cit., s. 149.

[12]          Ibidem, s. 161.

[13]          Wielka historia świata, t. 10, 1870-1945, red. Marian Szulc, Warszawa 2004, s. 57.

[14]          Historia I Wojny Światowej(…) op.cit., s. 100.

[15]          E. M Remarque, op.cit., Olsztyn 1992, s.74.

[16]          Ibidem, s. 116.

[17]          Ibidem, s. 68.

[18]          Ibidem, s. 74.

[19]          Ibidem, s. 135-136.

[20]          Historia I Wojny Światowej(…) op.cit., s. 76.

[21]          E.M. Remarque, op.cit., s. 135.

[22]          Ibidem, s. 79.

[23]          Ibidem, s. 66.

[24]          Ibidem, s. 67.

[25]          Wielka historia świata, t. 10, 1870-1945, op.cit., s. 55.

[26]          J. Pajewski, op.cit., s. 377.

[27]          E.M. Remarque, op.cit., s. 147.

[28]          Józef Iwicki, Z myślą o niepodległej. Listy Polaka żołnierza armii niemieckiej z okopów I wojny światowej 1914-1918, Wrocław, Warszawa, Kraków, Gdańsk 1978, s. 57.

[29]          E.M. Remarque, op.cit., s. 14.

[30]          J. Pajewski, op.cit., s. 474-475.

[31]          Ibidem, s 475; T. Weber, op.cit, s. 74.

[32]          T. Weber, op.cit., s. 206.

[33]          E.M. Remarque, op.cit., s. 126

[34]          Ibidem, s. 124-126.

[35]          T. Weber, op.cit., s. 90-91. Waldemar L. Janiszewski, http://dzienniknowy.pl/aktualności/pokaz/21199.dhtml, dostęp 19.05.2012, 9:39.

[36]          Ibidem.

[37]          Antoni Czubiński, Historia powszechna XX w., Poznań 2006, s. 120.